Dość Osobliwe Rekomendacje - Taco Hemingway


Działo się to w ostatni dzień przed rozpoczęciem wakacji. Stałem niedaleko ubikacji (tej z trójkątem na drzwiach), kiedy nagle obok mnie pojawił się on! I tak pół biedy, bo podszedł sam bez tego swojego ziomka, opryszka o ksywie Quebo. Mózg podpowiadał „będzie spruta, przypomnij sobie coś z czasów, gdy uczęszczałeś na karate”. Rzuciłem okiem na zegar, szczęść minut do dzwonka, więc nie mogłem liczyć na jego pomoc w oswobodzeniu mnie. 

Pisząc „on”, mam na myśli typka z ostatniej klasy, za którym to szaleje większość moich rówieśników. Zarówno dziewczyny, jak i chłopaki. Kurde i na tym nie koniec, lubią go też moi starzy. Wzbudził ich zachwyt występem na jakieś uroczystości szkolnej, mimo to ja dalej nie trawię gościa. Oprócz tego, że ogólnie mi nie pasi, to jeszcze pajacuje strasznie i jak to mówią „popisuje się”, co gorsza robi to lepiej niż ja. Do tego jest nadziany i jak tu go wielbić? 

Wracając do sytuacji opisywanej na początku, to cały ten „on”, czyli Taco (tak go zwą) od razu zabrał się do konkretów i wypalił mi w twarz „ej co Ty właściwe do mnie masz?!?”. No to mu wygarnąłem, że nie odpowiada mi jego styl bycia i to, jak śpiewa w szkolnym chórze, lecz nie tępię koleżków, którzy mają odmienne zdanie. Pamiętam, palnąłem coś w stylu „Wisi mi, co robisz, nie jaram się Tobą jak reszta i tyle”. Po tym zdaniu atmosfera się rozluźniła i pogadaliśmy sobie na spokojnie. Przyznam, tego dnia nie plótł głupot, a miał w zwyczaju robić to często. Szło typka posłuchać, miejscami nawet mądrze nawijał. Kilka rzeczy, które mnie w nim mierziło, przedstawił tak, że ostatecznie wyszło na jego. Wyjaśnił mi kilka spraw, ja jemu i tak nam zleciało, iż nie poszedłem na WF. Świadectwa leżały i czekały już wypisane, no i najważniejsze było po radzie, więc na takie mini waksy, bez konsekwencji, każdy mógł sobie pozwolić bez przypału. Gadka, szmatka, tu coś o jeździe ZTM, coś o przyszłości, o porażce z Senegalem, o fajnych dziewuszkach z naszej budy, o nauczycielu od plastyki podobnym do Modiglianiego, no i że jacyś tam jego znajomi z liceum to już narkotyki próbowali... 

Naszą pogawędkę przerwał małolat z trzeciej klasy, na którego wołają ESK-a. Wzięło się to z tego, że rok wcześniej na kolonii w Pobierowie, gdy spał wycięto mu na głowie maszynką jakieś dziwne znaki. Podobno przypominało to komuś literki S i tym sposobem został z tym pseudonimem. Podbił do Taco i zaczął dopytywać o… filmy Kubricka. Zdziwiło mnie to, ale skoro jest się bożyczem całej podstawówki, to wiara wali do ciebie z przeróżnymi pytaniami, problemami itd. Filip (imię Taco) wytłumaczył mu co i jak, po czym młody poszedł na obiad, akurat rozpoczęła się przerwa obiadowa. No w sumie spoko ta edukacja młodszych, a co tam. Każdy był smarkaczem, ja również, jednakże teraz to już jestem w szóstej klasie, no już prawie w siódmej. 

Następnie przeżyłem szok, bóg Taco zwierzył mi się, że też nie jest doskonały i ma np. mega problem z... odbieraniem. Działa to w jedną i drugą stronę. Po pierwsze: zawsze mija się z listonoszem/kurierem, potem znajduje w skrzynce tylko awiza, a rodzice są źli, bo znów nie było go w chacie i nie odebrał ważnej przesyłki. Druga krzywa akcja: jak dzwoni do laski, to ta nie odbiera telefonów. Poleciłem mu, żeby rodzinka przerzuciła się na zwykłe listy (takie co od razu lądują w skrzynce) albo na paczkomaty. Co do dziewczyny to, co mu miałem powiedzieć „zerwij z nią” Przemilczałem. 

Fakt, Fifi czasem zamula tym, że się powtarza, jednak jak sam stwierdził — nikt nie jest perfekcyjny — nawet on. Pomimo tego, miło było spędzić z nim te 45 minut (godzinę lekcyjną). 
Zrobiłem się głodny, mówię „lecę Taco na szamę”. Rzucił mi na odchodne coś po angielsku, ale nie zrozumiałem, słaby jestem z angola. 

Zapytacie, czy zakończyłem szóstą klasę nową przyjaźnią? Nie. Od tamtego popołudnia jesteśmy po prostu na „cześć”. Gdyby został u nas jeszcze rok, to na pewno bym mu nie nosił tornistra, ani nie oddałbym mu ulubionej kanapki z paprykarzem. Natomiast nie zaprzeczam, coś się ruszyło. Powstała jakaś lekka sympatia z koleżką opuszczającym mury naszej szkoły. 

Teraz już ja jako ja, tu i teraz oświadczam, iż mój stosunek do Taco stał się neutralny, a płytka od numeru 1 do 5 jest dobra. Później jest już „tylko” nieźle z przebłyskami, ponieważ wyczuwam tam Szcześniaka, na którego mam uczulenie, wszak musiało się poprawić, skoro słucham tego bez chusteczek, zapchanego nosa i przekrwionych oczu. Oceniam krążek obiektywnie, jak każdą kolejną sprawdzaną nowość z teraźniejszości, nie bacząc na skazy z przeszłości.
Pół Polski kupuje w Biedronce, drugie pół ma hemoroidy, jeśli ćwiartki tych połówek stanowią odbiorcy Taco Hemingway'a to daje nam to kolejną... połówkę! Aż tyle narodu może mieć skopany gust? Czy rzeczywiście coś w tym musi być, jeśli tyle ludzi to ceni? Nie tolerowałem wcześniejszych dokonań Filipa, ale i tak zawsze byłem bliżej tej drugiej opcji. Dziś po „Café Belga” skłaniam się ku niej jeszcze bardziej. 

Szyderka, że przeciętny fan Taco=gimbaza wciąż na topie, czyżby ci prześmiewcy w tamtym okresie życia, nie popełniali muzycznych grzechów i to cięższego kalibru?

Zdjęcie - Asfalt Records
Linki do albumu: Spotify  / Tidal


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2017 przez wielkie M