Dość Osobliwe Rekomendacje - Holak

Dość Osobliwe Rekomendacje - Holak


„Dożyłem 25 lat i nie będę nic nie zmieniał”. Dożyłem 29 lat i postanowiłem co nieco zmienić – ta myśl przyświecała mi w drodze na pierwszy w życiu mecz piłki nożnej kobiet. Bumeluję od urodzenia w miasteczku Mistrzyń Polski, uczestniczek Ligi Mistrzyń, ale jakoś nigdy nie było po drodze iść i zobaczyć na żywo ich boiskowe zmagania. Powód? Jest ich kilka, ale przede wszystkim chodzi o to, że sporą część życia pasjonowałem się męską wersją tej dyscypliny. Nie dałoby rady tego połączyć, bo wiem, że próżno szukać wyrozumiałości u maniakalnych fanów piłki facetów. Wyznanie im, że interesujesz się kopaniem futbolówki przez Panie, a co dopiero przyznanie, że zdarza ci się uczęszczać na takie zawody jako widz, wiązałoby się z wysłuchiwaniem szyderstw i docinek do końca twych marnych dni.

Analogiczna sytuacja występuje się przy okazji dzisiejszej rekomendowanej — fanatyk „prawdziwego” rapu nawet nie spojrzy na tracklistę płyty Holaka, a przesłuchać ją to już poważny wyczyn i poświecenie z jego strony. Jeśli już się zgodzi, to tylko w celu doładowania powodów do drwin na kolejne długie lata. Takie rzeczy po prostu nie przystoją w pewnych kręgach. Prawdziwe kozaki nie oglądają piłki nożnej kobiet oraz nie słuchają Mateusza. Wyobrażam sobie taki napis na murze „Wszystkie kozaki pieprzą Holaki*!” Szczerze, to przed tym krążkiem sam byłbym w stanie nasmarować takie obelgi ;) 

W przerwie sobotniego spotkania przysłuchiwałem się pogawędce dwóch dżentelmenów. Ich rozmowę zapoczątkował incydent na murawie. Schodzącego trenera gospodyń zaczął szarpać jakiś typek (na moje oko był gdzieś w dwunastym miesiącu ciąży). O co poszło, nie wiem, ale mało brakowało, aby sielankowa atmosfera przeistoczyłaby się w galę MMA. Jeden z ww. obserwatorów odpowiednio to skomentował. Na co drugi, miejscowy — bardziej obeznany wytłumaczył mu ze spokojem: „Nie ma co się dziwić, tu się takie rzeczy mogą dziać, bo tu nawet nie ma ochrony, PZPN traktuje piłkę nożną kobiet jak zabawkę. Ja tu przyszedłem z nudy, dla jaj”. Ten drugi, czyli w sumie pierwszy odparł „Nie jestem stąd, ale wpadłem z ciekawości. W końcu miały Mistrza Polski” Po tym ostatnich zdaniach pomyślałem „Kur@wa racja! Przyszedłem tu dla jaj, ale też z ciekawości”. Podobnie czułem przed odsłuchem. Nastawienie brzmiało: „Nie cierpię gościa, ale może chociaż dla beki posłucham, jestem ciekaw, co tam znowu popsuł”. Poszło to jednak w zupełnie innym kierunku, jak piłka kopnięta w światło bramki, lądująca za boczną linią boiska, 20 metrów od niej. W żargonie boiskowym „zeszła jej”, mnie również zeszło...

Piłkarki z mego miasta odniosły zwycięstwo, a raper wygrał starcie z moją awersją i silnym przeświadczeniem, że znów spindoli i odniesie niekorzystny rezultat. Dziewczyny na pewno miały jakąś taktykę, plan działania. Mateusz pewnie też, ale po tym tak jak one grają, a on nawija — odniosłem wrażenie, że nie stosują się do niej, albo w rzeczywistości takowej wcale nie ma! Zachodzi tam absurdalne zjawisko „starania się na wyjebce”. Pan wspomniany kilka linijek wyżej miał w pewnym sensie racje, z tym że futbol kobiet to zabawka. Rap Matiego tak samo. Bawi się nim, ale przy tym nie do końca wiedząc, jak to działa. Nie ma jakiegoś obranego kierunku, ta muzyka dzieje się jakby na spontanie, bez wybiegania w przyszłość i wizji tego, jaki ma mieć ostateczny kształt dla niego i odbiorcy. Zdaje się tym nie przejmować. Identycznie jak kopiącym Panią miejscami wychodzi mu to komicznie, ale w obu przypadkach ma to swój urok i czuć ten zapał. Po ostatnim gwizdku i kończącym album tracku nie jesteśmy w stanie opisać stylu gry, jak i zdefiniować stylu rapowania. Ważne, że wynik jest zadowalający. Aczkolwiek Mateusz w tym gatunku wedle mnie zaczyna dobrze działać dopiero od piątku.

Osobnik tak kreatywny i wielopoziomowy jak Holak, bez problemu radzi sobie w różnych rolach. Tej łatwości, z jaką przychodzi mu aklimatyzacja w nowych warunkach — na prawdę można pozazdrościć. Jest niczym działacz/kierownik drużyny/fizjoterapeuta czy ch. wie kto, który po przerwie, w której trakcie doszło do wspomnianej już szarpaninie, został zmuszony przywdziać odblaskową koszulkę, bo „JAKAŚ ochrona musiała być”.Takie zdolniachy poradzą sobie w życiu. Bez znaczenia czy przyjdzie im: rymować, masować, zarządzać, projektować, ochraniać czy też śpiewać. Pestka! Jeszcze co do branży kreatywnej to trafnie nawinął, że to mocno niedoceniona (dosłownie) grupa. „Grafika? Raz, dwa zrobisz, rano mi wyślesz, co to za robota nie? Jakąś kasę za to chcesz ? Pewno nie, co? Co tam dla Ciebie, przecież to żadna praca” - Uwierzcie, że takie jest myślenie dużej części społeczeństwa.

Koleżeństwo z płytą ułatwił fakt, że między mną a autorem jest niewielka różnica wiekowa, niektóre motywy rozumiem więc doskonale i dzięki nim zebrało się na wspominki. Na „stadionie” również przeżyłem swoisty powrót do przeszłości... Przez to, że rozpętała się ulewa, musiałem udać się na trybunę krytą (śmieję się do siebie, że jestem w stanie tak to nazywać, no ale trzymajmy się fachowej terminologii). Usiadłem wśród młodych chłopaków, którzy przyszli tu chyba tylko ze względu na możliwość łatwego podrywu. Młodzi w strojach damsko-męskich popijali whisky, żartowali, i tak na zmianę. Ja w ich wieku to...piłem coś o 115 zł tańszego za litr, a do łychy, nawet gdybym miał wtedy dostęp (nierealna opcja), to nie napiłbym się z obawy przed zatruciem, bo tanie wina to przecież nieszkodliwe były. Przypomniałem sobie swoją klikę. Piliśmy nalewki, mieliśmy gorsze ciuchy, ale do operowania dowcipami to mieliśmy mega skillsy. Nie pasowałem do tej teraźniejszości jak ten parszywy różowy Power Ranger do reszty ekipy. Pamiętam, jak bawiliśmy się przed blokiem w Power Rangers, to zawsze największy frajer na podwórku miał nim być, a kiedy dowiadywał się o przydzielonej mu funkcji, krzyczał rychło „idę na chajze” i znikał w czeluściach klatki schodowej. Za sprawą tych retrospekcji, bezczelnie zagapiłem się na młodziaków, zauważyli to i najchętniej rozjechaliby mnie w tamtym momencie czołgiem z pierwszej części GTA. Wróciłem wnet do oglądania rywalizacji na krzywo skoszonej trawie, a oni bawili się dalej, wszak są wakacje — najlepszy czas i producent niekwestionowanej jakości wspomnień.

Byłem zaskoczony obecnością Włodiego na tym albumie. Przedstawiciel piłki nożnej mężczyzn, czyli tego „starego, prawdziwego rapu” tutaj?! Nie liczyłem, że wyjdzie mu feat. u takiego Mateusza reprezentującego kobiecy futbol („nowy/nieprawdziwy rap”) Jego gościnny występ był jak gadka pewnego „dziadka”, którą usłyszałem owego dnia. Głos, który wiele lat temu był i pewnie nadal jest nieodłącznym elementem meczów piłkarskich typów. Głos „lepszej” przeszłości. Jakże miłe to uczucie — wiedząc, że te osoby wciąż są, czuwają i wypomną sędzi/sędzinie, że nie zabrała z domu kartek itp. Ogarnięty wewnętrznym spokojem, popadałem w powtórną zadumę, z której zostałem wydarty  przez Ralpha Kamińskiego. Pojawił się w drugiej części materiału, tak jak jedyna piłkarka, jaką znałem z nazwiska, a której wejście w drugiej połowie od razu ożywiło tempo gry.

Garstkę widzów na meczu stanowiły: rodziny zawodniczek z obu klubów, juniorki, osoby zaprzyjaźnione z drużynami, a nawet pieski skórokopek. Było też liczebnie marna, kilkunastoosobowa grupka kibiców, którzy przyszli, ponieważ szczerze ich to interesuje, żyją tym (o zgrozo, jeden nawet miał szal klubowy). Muszą w jakiś dziwaczny sposób kochać ten zespół, bo kto „normalny” przyłazi na takie coś? Wniosek: taki sport można miłować, a taką muzykę z czasem chyba da się polubić. Każdy kontakt z piłką naszej zawodniczki facet siedzący za mną kwitował „no i co teraz?”, z którego aż wylewało się niedowierzanie w powodzenia akcji. Gdybym miał zaadresować podobne pytanie w kierunku Holaka, odpowiedziałbym sobie sam-„teraz będzie już tylko lepiej”.

Niemiecki magazyn sportowy Kicker Sportmagazin wyróżnił zawodniczki z następującymi numerami na koszulkach: 1, 2, 3, 8, 9, 10, 14.

Holaki* - Holak i jemu podobni.

Zdjęcie - HOLAK 
Linki do albumu: Spotify / Tidal 
Dość Osobliwe Rekomendacje - Taco Hemingway

Dość Osobliwe Rekomendacje - Taco Hemingway


Działo się to w ostatni dzień przed rozpoczęciem wakacji. Stałem niedaleko ubikacji (tej z trójkątem na drzwiach), kiedy nagle obok mnie pojawił się on! I tak pół biedy, bo podszedł sam bez tego swojego ziomka, opryszka o ksywie Quebo. Mózg podpowiadał „będzie spruta, przypomnij sobie coś z czasów, gdy uczęszczałeś na karate”. Rzuciłem okiem na zegar, szczęść minut do dzwonka, więc nie mogłem liczyć na jego pomoc w oswobodzeniu mnie. 

Pisząc „on”, mam na myśli typka z ostatniej klasy, za którym to szaleje większość moich rówieśników. Zarówno dziewczyny, jak i chłopaki. Kurde i na tym nie koniec, lubią go też moi starzy. Wzbudził ich zachwyt występem na jakieś uroczystości szkolnej, mimo to ja dalej nie trawię gościa. Oprócz tego, że ogólnie mi nie pasi, to jeszcze pajacuje strasznie i jak to mówią „popisuje się”, co gorsza robi to lepiej niż ja. Do tego jest nadziany i jak tu go wielbić? 

Wracając do sytuacji opisywanej na początku, to cały ten „on”, czyli Taco (tak go zwą) od razu zabrał się do konkretów i wypalił mi w twarz „ej co Ty właściwe do mnie masz?!?”. No to mu wygarnąłem, że nie odpowiada mi jego styl bycia i to, jak śpiewa w szkolnym chórze, lecz nie tępię koleżków, którzy mają odmienne zdanie. Pamiętam, palnąłem coś w stylu „Wisi mi, co robisz, nie jaram się Tobą jak reszta i tyle”. Po tym zdaniu atmosfera się rozluźniła i pogadaliśmy sobie na spokojnie. Przyznam, tego dnia nie plótł głupot, a miał w zwyczaju robić to często. Szło typka posłuchać, miejscami nawet mądrze nawijał. Kilka rzeczy, które mnie w nim mierziło, przedstawił tak, że ostatecznie wyszło na jego. Wyjaśnił mi kilka spraw, ja jemu i tak nam zleciało, iż nie poszedłem na WF. Świadectwa leżały i czekały już wypisane, no i najważniejsze było po radzie, więc na takie mini waksy, bez konsekwencji, każdy mógł sobie pozwolić bez przypału. Gadka, szmatka, tu coś o jeździe ZTM, coś o przyszłości, o porażce z Senegalem, o fajnych dziewuszkach z naszej budy, o nauczycielu od plastyki podobnym do Modiglianiego, no i że jacyś tam jego znajomi z liceum to już narkotyki próbowali... 

Naszą pogawędkę przerwał małolat z trzeciej klasy, na którego wołają ESK-a. Wzięło się to z tego, że rok wcześniej na kolonii w Pobierowie, gdy spał wycięto mu na głowie maszynką jakieś dziwne znaki. Podobno przypominało to komuś literki S i tym sposobem został z tym pseudonimem. Podbił do Taco i zaczął dopytywać o… filmy Kubricka. Zdziwiło mnie to, ale skoro jest się bożyczem całej podstawówki, to wiara wali do ciebie z przeróżnymi pytaniami, problemami itd. Filip (imię Taco) wytłumaczył mu co i jak, po czym młody poszedł na obiad, akurat rozpoczęła się przerwa obiadowa. No w sumie spoko ta edukacja młodszych, a co tam. Każdy był smarkaczem, ja również, jednakże teraz to już jestem w szóstej klasie, no już prawie w siódmej. 

Następnie przeżyłem szok, bóg Taco zwierzył mi się, że też nie jest doskonały i ma np. mega problem z... odbieraniem. Działa to w jedną i drugą stronę. Po pierwsze: zawsze mija się z listonoszem/kurierem, potem znajduje w skrzynce tylko awiza, a rodzice są źli, bo znów nie było go w chacie i nie odebrał ważnej przesyłki. Druga krzywa akcja: jak dzwoni do laski, to ta nie odbiera telefonów. Poleciłem mu, żeby rodzinka przerzuciła się na zwykłe listy (takie co od razu lądują w skrzynce) albo na paczkomaty. Co do dziewczyny to, co mu miałem powiedzieć „zerwij z nią” Przemilczałem. 

Fakt, Fifi czasem zamula tym, że się powtarza, jednak jak sam stwierdził — nikt nie jest perfekcyjny — nawet on. Pomimo tego, miło było spędzić z nim te 45 minut (godzinę lekcyjną). 
Zrobiłem się głodny, mówię „lecę Taco na szamę”. Rzucił mi na odchodne coś po angielsku, ale nie zrozumiałem, słaby jestem z angola. 

Zapytacie, czy zakończyłem szóstą klasę nową przyjaźnią? Nie. Od tamtego popołudnia jesteśmy po prostu na „cześć”. Gdyby został u nas jeszcze rok, to na pewno bym mu nie nosił tornistra, ani nie oddałbym mu ulubionej kanapki z paprykarzem. Natomiast nie zaprzeczam, coś się ruszyło. Powstała jakaś lekka sympatia z koleżką opuszczającym mury naszej szkoły. 

Teraz już ja jako ja, tu i teraz oświadczam, iż mój stosunek do Taco stał się neutralny, a płytka od numeru 1 do 5 jest dobra. Później jest już „tylko” nieźle z przebłyskami, ponieważ wyczuwam tam Szcześniaka, na którego mam uczulenie, wszak musiało się poprawić, skoro słucham tego bez chusteczek, zapchanego nosa i przekrwionych oczu. Oceniam krążek obiektywnie, jak każdą kolejną sprawdzaną nowość z teraźniejszości, nie bacząc na skazy z przeszłości.
Pół Polski kupuje w Biedronce, drugie pół ma hemoroidy, jeśli ćwiartki tych połówek stanowią odbiorcy Taco Hemingway'a to daje nam to kolejną... połówkę! Aż tyle narodu może mieć skopany gust? Czy rzeczywiście coś w tym musi być, jeśli tyle ludzi to ceni? Nie tolerowałem wcześniejszych dokonań Filipa, ale i tak zawsze byłem bliżej tej drugiej opcji. Dziś po „Café Belga” skłaniam się ku niej jeszcze bardziej. 

Szyderka, że przeciętny fan Taco=gimbaza wciąż na topie, czyżby ci prześmiewcy w tamtym okresie życia, nie popełniali muzycznych grzechów i to cięższego kalibru?

Zdjęcie - Asfalt Records
Linki do albumu: Spotify  / Tidal


Dość Osobliwe Rekomendacje - Na Górze

Dość Osobliwe Rekomendacje - Na Górze


W trakcie ziemskiego pielgrzymowania staram się, jak tylko mogę omijać czwarty z grzechów głównych (pozostałe ma się rozumieć też). Jednak po wysłuchaniu szóstego albumu grupy Na Górze, chyba po raz pierwszy publicznie przyznam, że czegoś komuś zazdroszczę. 

Zazdroszczę im tej wyraźnie wyczuwalnej wiary w poprawę! Moja nadzieja na szeroko pojęte zmiany na świecie dawno poszła się... 
Panowie absolutnie nie są naiwniakami. Chyba że jest to przemyślana naiwność? Przypuszczam, że te dobre myśli biorą się z tego, iż od samego startu mają w życiu trudniej niż ja i pokonali przez ten czas wiele kwestii, które przypisywano im jako te „nie do ogarnięcia”. Właśnie to musi budować ten optymizm. W tym, jak grają i o czym śpiewają czuć, że szczerze wierzą w nadejście lepszego, serio. Poziomem mentalności i wrażliwości są nade mną, są na górze. 

Dodają do tego pokojowe nastawienie rażące niczym blask stojącej w szczerym polu, gigantycznej pacyfki podświetlonej milionami solarnych lampek ogrodowych. Co ważne nie czyni to z nich ugrzecznionych chłopców, którzy tylko w swoim gronie potrafią snuć opowieści, jak by to było fajnie, gdyby wszyscy wokół się kochali. Wciąż są buntownikami i punktują to, co im nie leży. Na krążku „Szczerość” częściej niż zwykle możemy usłyszeć Woja. Ten zabieg wyszedł bardzo na plus. Jego wokal pełni funkcję jakby dozownika. Kiedy trzeba, to troszkę dorzuci do ognia, a w razie co, dwa numery później lekko przygasi ogień buchający od reszty składu. 

Teksty są krótkie, ale zawierają więcej niż niejeden słowotok. Skromnie, ale dobitnie! I choć pewnie większość materiału napisał Wojtek, to wyczuwam, że z tymi słowami utożsamia się cała grupa. 

Przy odsłuchu pomyślałem sobie: Kto bardziej czuje ten kraj na sobie? Ja czy oni ? Nie rozumie go nikt, wiadomo, ale to chłopaki mocniej ode mnie odczuwają wszelkie niedoróbki systemu. Dlatego nie mogło obejść się bez polityki. Po publikacji singla „Król” obawiałem się zarzutu, obrania kierunku pt. „krytyka partii rządzącej”. Jeśli tak, to uspokajam. Sprawdziłem całość i odniosłem wrażenie, że dostaje się obu stronom, a muzycy reprezentują raczej tę rozsądną trzecią opcję, punkt widzenia ludzi stojących „pośrodku” czy też „z boku”. Chcących TYLKO normalności. Również utożsamiam się z tymi poglądami. 

Zawartość „Szczerości” to kolejna mieszanka wybuchowa, bo oprócz wspomnianych wcześniej bieżących spraw, którymi zajmują się użytkownicy dużego białego budynku, mieszczącego się przy ulicy Wiejskiej w Warszawie oraz oparów fajki pokoju (w którymś momencie robi się nawet reggaeowo), Na Górze obdarowuje nas sporą ilością dobra. Np. świetnym kawałkiem startowym, będącym wizytówką tej płyty, jak i ogółu twórczości. Mamy też emocjonalny rozpierdol, pod postacią kawałka numer 6, a takie utwory jak: „Rewolucjoniści i Wizjonerzy” oraz „Histo-ryjka” wielu uzna za perełki, podobnie jak wieńczącą filozoficzną rozkminkę Woja, zwaną „Meta fizyczna”. 

To wszystko składa się na to, że się mój podziw dla NG wciąż rośnie, adekwatnie do narastającego z każdym albumem profesjonalizmu. 

Zdjęcie - Na Górze 

Płyta dystrybuowana będzie w sklepach przez wydawnictwo Mystic Production - premiera: 27 lipca 2018. 
Jeśli chcesz otrzymać płytę wcześniej -> http://nagorze.org/plyty

Dość Osobliwe Rekomendacje - Wczasy

Dość Osobliwe Rekomendacje - Wczasy


Trener Nawałka wraz z naszą Reprezentacją wczasują się właśnie w Soczi, przy okazji odbywającego się w Rosji Mundialu. Przed wylotem morale ekipy podbudowane zostały solidną dawką klasyki polskiego rocka. Po koncercie Lady Pank biało-czerwoni ruszyli w stronę Putinogrodu nabuzowani energią, podśpiewując ochoczo:

„Zawsze iść-rozkaz, który mam we krwi. 

Małą wojnę w sobie mieć. 
Z każdym z was walczyć do utraty tchu”.

W samolocie coach uciął jednak te chóralne fałszowanie staroci, stwierdzając, że urlop to dobry czas, aby nadrobić zaległości w słuchaniu nowości. Podczas lotu selekcjoner odpalił swym podopiecznym coś ze świeżynek. Był to album „Zawody”, no się i zaczęło... Piłkarze uwielbiają prosty przekaz (przykład „kurwa do przodu Panowie grać kurwa!” wiadomo, nie zawsze go rozumieją, ale lubią), chłoną go i wnet podłapali usłyszane fragmenty:

„Nie każdy może być sportowcem.
Nie każdy pobije rekordy.
Nie każdy stanie na podium.
I zaśpiewa hymn narodowy.

Nie każdy może być najlepszy.
Ktoś zawsze musi być ostatni.
Nie każdy może być zwycięzcą.
Nie każdy, nie każdy”.

Niestety za bardzo wzięli je do siebie i cały misterny plan na te Mistrzostwa poszedł w pizdu. Sęk w tym, że te słowa miały raczej uświadomić fakt standardowości każdego bytu oraz ukazać, że nasz żywot składa się z różnorakich perypetii i powszednich niedociągnięć. Panowie kopacze to nie była zachęta do celowego wypełniania tych słów i wdrożenia ich w życie! Wczasy pokazują zdrowie podejście do egzystencji, nie nakłaniają do porażek i nie tłumaczą ich, lecz wskazują na to, że takowe zdarza się ...i to niestety zbyt często. Pytanie, czemu tak się dzieje? Czasem to niezależne od nas, nieraz to kwestia pecha, a niekiedy brak zaangażowania. Owszem bywa to również spowodowane syndromem próżniaka. Jesteśmy po prostu zwykłymi ludźmi i nic co ludzkie...! Jesteśmy normalni jak „Zawody” i ich autorzy. Podanie tego do publicznej wiadomości w sposób transparentny spotkało się ze sporą przychylnością publiki.

Dosadny przykład:
„Nie każdy może być inżynierem.
Zaprojektować kanalizację.
Systemy odprowadzania wody z gównem.
Z bloków”.

Dodatkowo zrobili to z pomocą kumpelskiego wokalu z posmakiem lekkiego „mam wyjebane” plus muzą, skłaniającą chwilami do nygusostwa, by następnie znienacka mobilizować. Potrafią także zdołować, przywołując skojarzenia z uczuciem, jakiemu towarzyszył widok nowych mebli w kuchni oraz wyremontowanej łazienki po tym, jak kilka tygodni wcześniej zniknęła moja kasa z komunii… Czasami też pocieszają, niczym wizyta w sklepie z zabawkami, kiedy to rodzic obiecał coś w ramach rekompensaty za wizytę u dentysty. Pomagają nam odnaleźć się i wypośrodkować nasze podejście, żeby za mocno wszystkim się nie obwiniać, bo jak nawijał PeeRZet „Życie to kabaret, nie ma co brać na poważnie... ”.

Podsumowanie życiowo-sportowe:
Przyjmijmy z uśmiechem fakt, że jestestwo to nie piękny wycackany Krychowiak, tylko wegetacja umorusanych ludków przemieszczających się w podróbkach piłkarskich koszulek z bazaru, które niemiłosiernie śmierdzą po zaciętym meczu zwanym życiem. Koszulka Milika nie cuchnie, bo jest zrobiona z super turbo materiału, a po drugie,z jakiej okazji miałaby się spocić?

Podsumowanie sportowo-życiowe:
Zespół ma prawo leżeć i odpoczywać po zakończonych sukcesem zawodach, czyli po wydaniu tej płyty. Postarali się niczym chłopaczki pod blokiem z zaangażowaniem kopiący piłkę nie to, co nasze orzełki w miniony wtorek. Wyszedł im ten krążek w sensie-udał się, a opisują na nim sytuacje, w których nie zawsze wychodzi, Bo przecież nie musi. Nie sprostać wymaganiom to żadne przestępstwo. Można przegrać, ale zrobić to z klasą. Unikniemy wtedy rozczarowania: sobą w naszych oczach, nami w oczach innych, innymi w naszych oczach. Nie trzeba być kimś ważnym (czyt. skórokopem), można robić cokolwiek, nawet jeśli powszechnie uznają to za bezsensowne. Ważne, aby wkładać w to choć trochę starań . Panie Nawałka, jeśli niektóre komunikaty są niezrozumiałe dla wszystkich, to chyba warto w szatni przed wyjście na murawę zapodać „Do Przodu Polsko!” Torzewskiego zamiast „Zawodów” i znów zawieść.

Zdjęcie - Thin Man Records
Linki do albumu: Spotify / Tidal 

GRA MUZYKA - pierwsza gra planszowa o polskiej muzyce

GRA MUZYKA - pierwsza gra planszowa o polskiej muzyce

Na wstępie oznajmiam, że nie czytacie posta sponsorowanego. Jest to natomiast docenienie gigantycznej, żmudnej pracy, która przyniosła fenomenalny efekt. Na co dzień moje peany skierowane są w stronę muzyków, lecz dziś będzie inaczej, ponieważ poślę je w kierunku twórców gry planszowej dotyczącej muzyki. Ogromne uznanie należy się autorowi, a zarazem osobie odpowiedzialnej za opracowanie graficzne i skład. Tomo Rosemary, zaprojektował planszówkę, do której będziecie chcieli chętnie wracać. Podobnie jak powraca się do dobrych płyty. „Gra Muzyka” jest tak perfekcyjnie dopieszczona, że z miejsca uwierzyłem w słowa: „notoryczny brak snu autora, praca od zmierzchu do świtu i od świtu do zmierzchu, nadużywanie kawy i mocnej herbaty z potrójną cytryną„. Tomo, warto było zarywać te noce!
Pomysłodawca musiał testować swoje dzieło chyba z bilion razy, ponieważ wysoki stopień dopracowania, jest wyczuwalny dla gracza już od samego początku.

Istotnym elementem będącym kolejnym plusem składającym się na ocenę całości-są zasady gry. Rozpisane tak zrozumiale, iż dwukrotne przeczytanie plus jedna partyjka z instrukcją w ręku, pozwalają oswoić się z nią na tyle, że przy następnej grze w pełni skupiasz się już tylko na zabawie.

Jednak najbardziej urzekła mnie rozbudowana, pomysłowa formuła, za której sprawą każdorazowa rozgrywka jest zupełnie inną wciągającą historią. Trasa naszego zespołu, krążącego po całym kraju, podróżującego z miast festiwali do miejsc, gdzie odbywają się „normalne” koncerty, to przygoda, która po każdym ruchu pionka i rzucie kostką zaskakuje czymś niesztampowym. Dzięki temu grą można wciąż cieszyć się na nowo, poprzez ciągłe odkrywanie reszty jej zalet.

Kolejna rzecz, nad którą można się rozpływać to oprawa graficzna. Ta mapa! Gdyby PKP i PKS korzystało z podobnej, na pewno połączenia kolejowa i autobusowe w Polsce działałyby o wiele lepiej. Wszystko nawet najmniejsze detale, jakie skrywa pudełko, kojarzą nam się z tym, co ma być w tej grze najważniejsze, czyli z muzyką.

Jedyny malutki mankament to mała ilość kart tournée. Owszem można sobie z tym poradzić, np. korzystać z nich wielokrotnie lub  skserować. 
Aczkolwiek podpowiadam Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu, aby zamieściło na swej stronie takie same karteczki do wydruku. Wówczas drobny „problemik” zniknie.
Gratulację dla wszystkich osób tworzących „Gra Muzyka” oraz współpracujących przy jej powstaniu. Dzięki Wam na polski rynek trafił innowacyjny i świetne wykonany produkt.
Wszystko GRA i to jeszcze jak!

PS 3000 pytań jest liczbą raczej nie do przerobienia. No, chyba że dla takich jak ja. Tych, którzy będą grać często, wtedy za jakiś czas poproszę o suplement. Zresztą wierzę, że takowy kiedyś wyjdzie, wzbogacony nie tylko o dodatkowe pytania. Tak zacny projekt trzeba kontynuować.

Porada dla przyszłych graczy: W miastach gdzie znajdują się lotniska, warto korzystać z wyrzuconych pięciu oczek.












Dość osobliwe rekomendacje - Dj Decks

Dość osobliwe rekomendacje - Dj Decks

Słuchając szóstej części mixtape'u Dj Decksa, doświadczyłem podekscytowania właściwemu sytuacji, w której to na sklepowej półce odnajdujemy dawno niewidziany uwielbiany smakołyk. Taki przysmak z przeszłości, pochłaniany kiedyś kilogramami. Oczywiście każdy skusiłby się na taki zakup. Z jakością takich produktów bywa jednak różnie, lecz w tym konkretnym przypadku jest dobrze! Tracki starych wyg pełnią tu role wyzwalacza wspomnień związanych z „trójką” Decksa (zawierająca m.in. świetne „Łoj”, „Cały ten rap”, „Zła dziewczyna”). Zrobiło się sentymenalnie. Nawiązałem do „Symetrii”, więc na chwilę pozostanę w tych okolicach, ale tylko w kwestii słowa zawartego w tytule filmu. Dostrzegam w tej muzyce symetryczność manier części VI i III. Czuję ten klimat sprzed 15 lat. Młodsi zawodnicy reprezentujący nową szkołę dorzucają swoje trzy grosze (zaznaczam, że wartość ich linijek jest zdecydowanie większa), co razem składa się na przekrojowy mix(tape) tego, co w polskim rapie niegdyś kochałem z tym, co dziś MOŻNA w nim polubić. Od razu wytłumaczę się za caps locka użytego przed chwilą. Normalnie nie jestem w stanie wpuścić solo do swych głośników Quebo, Bonsona, czy Kaza Bałagane, a tu toleruję ich, a nawet przyznam, że nie odbiegają poziomem od bardziej przeze mnie cenionych zaproszonych gości. Spośród których na uścisk dłoni, wyróżnienie wzrokowe i wyczytanie nazwisk podczas zakończenia roku szkolnego (No co? W końcu to stara i nowa szkoła rapu) zasługują: Gural/Fokus/Abradab, Solar/Białas, Grammatik, VNM i Ero. Reszta mimo braku paska na świadectwie zanotowała dobre lub przyzwoite średnie. 

„Zachwyt, coś tam jeszcze, to ten Peja idzie z Decks'em.
Zaszczycamy obecnością grając koncert w twoim mieście”.
Panowie niestety nie podążają już wspólną drogą, ale słuchając „szóstki”-uświadomiłem sobie, że Decks, jakiego pamiętam z najlepszych lat Slums Attack to nadal ten sam „biały chłopak z czarną muzą na japońskim systemie”, który wciąż daje radę!

Na koniec rzuczę jeszcze:
„Słuchaj, słuchaj, słuchaj, bo to jest to
Hip-Hop mixtape od Dario!”.
Posłuchajcie, a ja idę nadrobić „Mixtape 5” (gdzieś umknęła mi jego premiera).
Joł.

Zdjęcie - Mymusicshopofficial 
Linki do albumu: Spotify  / Tidal 






Dość osobliwe rekomendacje - Karolina Czarnecka

Dość osobliwe rekomendacje - Karolina Czarnecka


Mam zdolność do zapamiętywania głupot, mało lub wcale nieistotnych faktów. Kosztem tego zapominam o wielu ważnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w trakcie mojego dotychczasowego życia. Potwierdzeniem tej refleksji będzie dzisiejsza historyjka.

Działo się to okolicach roku 2000. Jestem pewny, że właśnie wtedy, ponieważ utkwił mi pod kopułą strach związany z pluskwą milenijna, chcącą wysadzić nasz domowy magnetowid. Lęk ten towarzyszy mi do dziś. Spędzałem wakacje u rodziny w jednej ze wsi województwa łódzkiego. Kuzyn zapragnął ulepszyć swój wygląd i podrasować trochę kolor skóry. Chodziło pewnie o bonusowe punkty podczas podrywu-albo i nie.... 
Owszem można było się poopalać, ale chodziło o coś bardziej wyszukanego, o coś dającego błyskawiczny efekt. Hasło solarium było wtedy znane jedynie niektórym miastowym i to tylko takim wiecie-obracającym się w hermetycznym towarzystwie, ludzi raczej zamożnych. W miejscu, w którym spędzałem czas wolny od nauki, wizyta w solarium była nierealne niczym lot w kosmos. Dosyć, że kosztowałaby pewnie krocie, to jeszcze dodatkowo budziła wątpliwości co do bezpieczeństwa zdrowia i życia. Było wielce prawdopodobne usłyszeć coś w stylu: „Panie z tej kabiny to można nie wyjść żywym albo wyjść i być jak jakieś ufo, albo – co gorsza – murzyn” ;) 
Co pozostało zrobić w takiej sytuacji? Iść do wiejskiego sklepiku Pana Bogdana wszak tam można było znaleźć wszelkie dobrodziejstwa ówczesnego świata. Pan Bodzio na zapytanie, czy załatwi samoopalacz, cichym niepewnym głosem wydukał „przyjdźcie za trzy dni”. 
Termin realizacji zamówienia minął, wchodzimy do sklepiku. Bogdan, upewniając się, że w sklepie oprócz nas nie ma nikogo, zamyka drzwi, dla pewności obraca się kilka razy za siebie i spod lady wyjmuje samoopalacz. Kuzyn szybko przekazuje mu 25 zł (chyba tyle) i w ciszy oddalamy się z miejsca transakcji, udając, że nie było tematu. Typowa akcja-diler, klient i towar z Kolumbii. Pełna konspiracja. Chyba nigdy potem nie poruszyliśmy ze sklepikarzem tematu samoopalacza (wedle zasady-Bierz! Spadaj! Morda w kubeł!). Chociaż mam jakieś przebłyski, że po kilku tygodniach padło „Jak tam?”, które brzmiało jak „I co poklepało? Mocne gównie, co nie? hehe” Przez całą tę otoczkę czułem, że serio zrobiliśmy coś złego. W sumie to cały czas tak to odbieram. 

Wszystko ładnie, pięknie tylko co te osobiste wspomnienia mają do płyty, którą chcę polecić? Klimat i szczegóły tej historii mogą być zrozumiałe jedynie dla mnie, a każdy z Was może mniej lub bardziej rozkimnić, o co chodziło, ale tylko ja do końca wiem jak odbierać każdy element tej opowieści. Mój mózg zapisał ją w sposób w pełni czytelny jeno dla jednej osoby, czyli właściciela-Łukasza. Po latach do tej historii mogę dodać jeszcze kilka innych skojarzeń i właśnie kilka takowych dokooptowałem po przesłuchaniu „Solarium 2.0” autorstwa Karoliny Czarneckiej wraz z falami UV. Co łączy oba te niby niezwiązane bezpośrednio tematy ? Wydaje się, że nic prócz słowa solarium. Wcale nie! Po pierwsze, jak pisałem wcześniej o swojej opowiastce, są: doświadczenia, syntezy, wyobrażenia itp., które wyłącznie w naszej łepetynie tworzą rozumianą dla nas całość. Karolina na płycie za pośrednictwem Tiny udaje się w podróż na inną planetę. Żeby się na nią udać, bohaterka wcale nie musi się ruszać z własnego pokoju/niepokoju, „wystarczy”, że odbędzie taką podróż w swej głowie. Wewnętrzna wyprawa to miks: przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, realności, imaginacji..., okraszony przeżyciami, rozumiany przez nas odbiorców na zewnątrz zaledwie w niektórych elementach i momentach. W szkole zapytano by, co podmiot liryczny miał w myśli. No właśnie co? 

Zawartością „Solarium 2.0” swój odlot (rozumiany podwójnie) przedstawia nam Tina/Karolina i dajmy się zaprosić na pokład jej wahadłowca, czy też ugościć się w prywatnej autonomii, jaką jest jej pokój, w którym może dosłownie wszystko. Nie zrozumiemy wszystkiego-wiadomo, ale wyłapiemy coś dla siebie i może dzięki temu udoskonalimy nasze przyszłe eskapady. Podróżowanie dotyczy oczywiście również życia jako jawy, przede wszystkim jego, nie tylko latania w myślach. Zapis wyprawy Karoliny/Tiny zarejestrowano na nośnikach i nadano mu tytuł. Ja wspominki zapisałem w makówce i każdy z Was robi podobnie-swoistym sposobem. 

Kolejne skojarzenie – Bogdan jako diler (mniejsza o to, że samoopalaczy). Dlaczego połączyłem go z muzyką Karoliny? Bo jak diler to dragi, a jak dragi to „nieszczęsne”-„Hera koka hasz LSD”. Zabierają nas one w świat, który możemy dzięki swej głowie udać się bez ich pomocy. Będzie i zdrowiej i taniej i bezpieczniej. Co ważne substancje zawarte w herze koce haszu i LSD przysłaniają nam przyjemności i przeżycia o wiele większe i ciekawsze. Cholerne używki odwracają naszą uwagę od dobra, jakie zawiera nowa płyta Czarneckiej. Lepiej uczestniczyć w wyprawie na Solarium 2.0 niż udać się znów na wyprawę do dilera i dalej ćpać tylko singielek „Hera koka hasz LSD”, nie widząc poza nim świeżych świetnych kawałków. Narkotyki uzależniają prawda? Ciągle ładujecie to samo, a za rogiem wyrosło już nowiuchne, lepsze, zdrowe, legalne, równie mocno uzależniające, dostępne od ręki cudo. 

W tekście celowo używałem na przemian kombinacji Tina/Karolina i Karolina/Tina , bo Tina to Karolina? A jeśli nie to ile Tiny jest w Karolinie, a może na odwrót? Odpowiedzi (nie)znajdziecie na płycie oraz w mojej rekomendacji. Wszystko jest w nich zamotane i nic nie jest pewne, no, chyba że jest? Nasza bohaterka rzecz jasna nie ułatwi Wam zadania. Jest zagubioną postacią błądzącą między kontrastem (następna spójność) w postrzeganiu świata istniejącym pośród społecznością wielkich miast a mieszkańcami wiosek i miasteczek. Świata de facto zacierających się dysonansów. Tworzy przy tym teatralny/aktorski styl, ślący zakodowany szyfr, który po części odkodowuje nasza mózgownica, po czym zachowuje te dorodne teksty w pamięci. Na dodatek wplątała w to jeszcze Anaruka, Ronję. Białego Kucyka, Inkuby i Sukuby. Całokształt brzmi tak niepowtarzalnie klimatycznie, jakby dźwięki dobiegały z głębi oceanu, jakby wysyłał nam je sonar łodzi podwodnej. Wierzę, że sprawdzicie ten krążek i zawiesicie się, zastanawiając się, czy planeta Solarium to wytwór umysłu? Czy czasem nie przypomina Wam ona pewnego pięknego kraju? A może to „tylko” pokój Karoliny, z którego stratował prom kosmiczny Tiny, ale czy w ogóle odbył się ten start? A jak start to i powinna być meta. Była takowa? Jakieś lądowanie tam, a później powrót tu? 

Ten album to zdecydowanie nie samoopalacz, dla mnie są to prawdziwe promienia słońca, ewentualnie solarium z renomą. Karolina Czarnecka to młoda (bo w moim wieku), zdolna i do tego umiejąca wytrzymać w niesprzyjających warunkach pogodowych dziewczyna (widziałem na własne oczy w ostatnią niedzielę podczas koncertu audiowizualnego L.U.C.-a), której wróżę świetlaną przyszłość nawet poza naszą galaktyką...

Zdjęcie - Agencja Koncertowo-Wydawnicza Karrot Kommando
Linki do albumu: Spotify / Tidal 


Dość osobliwe rekomendacje - Pierwsza Poznańska Niesymfoniczna Orkiestra Ukulele

Dość osobliwe rekomendacje - Pierwsza Poznańska Niesymfoniczna Orkiestra Ukulele


Z tą płytą jest jak z telefonem od mamy, która to dzwoni w środku burzy, aby podzielić się przełomową dyrektywą „Wyłącz telefon, bo burza jest!”. Czasem jest jeszcze coś o drzewach i przedmiotach spadających z balkonów. Skupmy się jednak na cytowanym zaleceniu. Jest ono dokładnie takie samo jak muzyka Pierwszej Poznańskiej Niesymfonicznej Orkiestry Ukulele. Dlaczego? Przekaz matuli jest z jej strony w pełni na serio, ponieważ troszczy się o nasze bezpieczeństwo. Natomiast Panowie również robią to naprawdę, bo z pasją.

Kiedy grzmoty ucichną, a błyski znikną-ww. słowa mamy z racjonalnego punktu widzenia wyglądają co najwyżej średnio mądrze. Nie może być inaczej, skoro telefonuje i apeluje, żeby nie używać komórki w czasie wyładowań atmosferycznych, właśnie na nią dzwoniąc... 
Dobra, nie wypatrujmy ze strachem kolejnej burzy i spójrzmy na PPNOU. Jak traktować nie na żarty czterech chłopa wyposażonych w ukulele, biorących się za „perełki” światowej i polskiej muzyki rozrywkowej? No nie da rady.

Koniec końców mamuśka, dzwoniąc do nas, chce dla nas dobrze. Zespół robi tak, aby efekt ich pracy był dla słuchacza, jak najlepszy (w tym przypadku taki właśnie jest). Rada córki babci nie jest do końca przemyślana, więc zatem nie do końca poważna. Nadrabia za to szczerością. Muzyka na „Ukulele W Każdym Domu” przemyślna pewnie jest, o szczerości nie wspominając, ale czy poważna? Nie. Jest lekka, zabawna i dająca wytchnienie. Co za tym idzie łatwo przyswajalna. Bezproblemowa jak odmiana rzeczownika ukulele przez przypadki i liczby.

Zdjęcie - www.mymusicshop.pl
Linki do albumu: Spotify / Tidal 

Dość osobliwe rekomendacje - Afrojax

Dość osobliwe rekomendacje - Afrojax


Są dwa typy ludzi. Pierwszy: kiedy przyjmuje w domu gościa, na wstępie rzuca „Nie no co Ty, nie zdejmuj butów i tak jest syf” - a tak naprawdę w środku gotuje się ze złości, że przybysz naniesie mu np. błoto na świeżo wytrzepany dywan. Drugi typ: siedzi cicho, jest przesadnie kulturalny. Dla niego normalne jest, że idąc w gości zdejmuje się obuwie. Przecież tak go wychowali, ale jeśli gość w jego domu tego nie uczyni, to jakoś przeżyje. Grzecznie przemilczy i po zakończeniu wizyty z niesmakiem, ale posprząta. Powtarzając sobie pod nosem „Gość w dom, Bóg w dom". Trzeci :D to typ Afrojaxa, który na dzień dobry przywita gromkim „Zdejmuj kurwa te brudne buciory!”. Przybyły w moment szybciutko wyskoczy z wierzchniego okrycia stóp.

Afro na nowej płycie znowu jest sobą, trochę złagodniał, bo przecież prawie każdego to czeka - sam „Zrozumiesz kiedy przyjdzie" do Ciebie - ale to wciąż On! Nie stwarza żadnych pozorów. Zamiast nawijać nam makaron na uszy, nawija szczere do bólu linijki. Czasem robi to bardzo ordynarie, ale wybaczcie mu to, bo dobrze chłop prawi.

Można mieć wyjeban* i można mieć wyjebane. Czyli albo udawać, że ma się albo rzeczywiście mieć i pokazywać to światu nie bojąc się konsekwencji i spełniać się w tej osobistej szczerości postrzegania życia - czasem mocno brudnej szczerości. Afrorjax należy do tej nielicznej drugiej grupy, ponieważ porusza przemyślenia, które niejeden zabija w swej głowie już w fazie zygoty. Uważając je za myśli nie do pomyślenia, bo wstyd mu za to, co wyprodukował jego własny umysł. Są sprawy, o jakich nie mamy ochoty myśleć, a co dopiero mówić, czy słyszeć. Michała to oczywiście nie dotyczy. Zdaje się pytać - „Konwenanse, a co to?". Oprócz sfery wewnętrznej (dla mnie gigant to kwestia rodzicielstwa) pstryczek w nos dostaje się też popkultura i absurdalna codzienność życia w kraju nad Wartą. Od dziś człowieka maksymalnie szczerego określam: Szczery jak Aforjax.

Szkoda, że ta płyta pewnie znów przejdzie bokiem i Afro nie uratuje polskiego rapu, tak jak nie uratował polskiego punk-rocka, ale to TYLKO opinia mas. Dla mnie zrobił to i to. „Niestety Nie Da Się Olać Systemu” oraz „Nikt Nie Słucha Tekstów” to albumy, które w końcu coś zmieniły/zmieniają i wnoszą długo oczekiwaną postępowość. Prawdziwe kozaki nie muszą siedzieć na tyłach autobusu podczas wycieczki szkolnej, skupiając na sobie uwagę reszty. Afrojax może być kozakiem siedząc na pierwszych miejscach, wmieszany wśród niewyróżniających się grzecznisi i kujonów. Ba! Może nawet siedzieć obok belfra zaraz za kierowcą. Będąc najniżej w hierarchii szacunku kolegów i koleżanek. Odludek, którego nikt nie kuma i nikt nie lubi. Taki w głowie ma jednak swoje i ta tykająca bomba pewnego dnia eksploduje. Każdy będzie w szoku mówiąc „Przecież on chyba nawet nie potrafił mówić!?!”. Muzyka potrzebuje takich nieobliczalnych „wariatów”, którzy kiedyś w końcu wstrząsną sceną. Mam nadzieję, że dożyje tych czasów z uwagi na fakt, iż „Dawno nie było tu wojny".

Goście z płyty raczej nie zdjęli butów wchodząc do mieszkania Afrojaxa. Wnoszą w nich i na nich wszystko, co najlepsze i charakterystyczne dla ich stylów. Idealne dopełniają materiał gospodarza, będący zarazem kontrastem dla jego rozkmin.

Przy tak dobrej liryce, podkłady schodzą na drugi plan, ale nie można im odmówić jakości. Bo do takich tekstów muza musi być odpowiednio przystosowana. Teksty muszą w niej odtajać, a następnie przegryźć się, aby całość była jadalna. Tutaj mało tego, że jest jadalna, do tego jest smaczna. Zresztą spróbujcie sami.

O rapie dziś mowa więc przyznam się do czegoś. Byłem pewny, że Metallica zagra coś z repertuaru Filipa i Kuby…

Zdjęcie – Afrojax / fot. Dr Animal Cannibal Pizza
Linki do albumu: Spotify / Tidal
Dość osobliwe rekomendacje - Artur Andrus

Dość osobliwe rekomendacje - Artur Andrus


Sezon urlopowy ruszył na dobre, więc dziś zamiast rekomendacji muzycznej, będzie turystyczna.
„Wypoczynek to największe z dóbr” – taki cytat jakiejś zapewne mądrej głowy powitał mnie na wejściu do nowo otwartego Biura Podróży „Andrut” mieszczącego się przy ulicy Sokratesa 18. Ileż w tym słowach jest prawdy! Wypoczynek najczęściej związany jest z podróżowaniem, a jak rzekła kiedyś moja teściowa, po tym, jak z Dworca PKP Poznań Główny dojechała tramwajem do IKEA - „Podróże kształcą". Z tymi słowami również trudno się z nie zgodzić i nie ma znaczenia czy są to wojaże małe, czy duże. Z takich wyjazdów wypada czy wręcz trzeba coś przywieść, aby można było się później pochwalić przed znajomymi, gdzie to się nie bumelowało. Jako że pospolity ze mnie człowiek, to i radochę sprawiają mi pospolite przyjemności. W tym przypadku jest to kupowanie pamiątek. Kiedyś były to np. miniaturka tężni z Ciechocinka, ciupaga z Zakopca, rafandynka z Helu...

Dziś są to magnesy na lodówkę. Z organizowanej przez w.w. Biuro Podróży wycieczki przywiozłem takowych aż 13, ponieważ była to wyprawa z serii „w jak najmniej dni zobaczyć jak najwięcej, za jak najmniejsze pieniądze”. Wracając do magnesów, to wiecie, jak to z nimi jest, kiedy umieścimy je w miejscu docelowym, tworzy nam się na lodówce niezły harmider. Melanż zupełnie do siebie niepasujących: kolorów, obrazków, zdjęć, wymiarów, napisów. Jednak z tymi trzynastoma nowymi jest inaczej, mimo różnorodności tworzą spójną całość i panuje między nimi harmonia.


Wodząc po nich wzrokiem, przypominają mi się opowieści przewodnika, który towarzyszył nam w tej podróży. Pan Artur z BP „Andrut” jest osobą tak genialną, że przedstawiane przez niego postacie i zdarzenia są tak plastyczne, że każdą z opowiastek można formować w dowolne kształty, rozumiane tylko dla siebie. Przykład to np. „Babka w Czapce". Możemy wczuć się w żywot goryla, ale może to być również opowieść o facecie. Przez chwilę myślałem nawet, że chodzi o milicyjną pałkę -blondynę. Tak moi mili ulepiłem sobie w głowie pałkę! Taka właśnie jest ta Arturowa glina-niczym glina z Biskupina (pamiętacie lepienie tych garnków?). Bohaterowie są tak przerysowani, że aż żywi! Dosłownie i w przenośni. Są Tu i teraz, wychodzą do nas... Słuchając „Ciocia W Gablocie” mam przed patrzałkami swoją ciotkę nomem omen Gienię, a w sumie to nie Gienię, której to prawdziwe imię poznaliśmy dopiero po jej śmierci, załatwiając formalności związane z pogrzebem. W historii przytoczonej przez Pana Artura mowa była o wieku cioci, ale skala ezoteryczności w obu przypadkach jest wręcz identyczna. Takie ciotki to producentki największych i najbardziej skrywanych rodzinnych tajemnic. Nawet jeśli przypadkiem znalazłby się dowód osobisty czy akt urodzenia takiej delikwentki, to czort wie, czy zawierałby on prawidłowe dane. Łatwiej odnaleźć skarb Azteków niż rozgryźć nasze ciotki, no i Temidy nie trzeba w to angażować.


Pan Artur okazał się też wszechwiedzącym naukowcem, który w trakcie tak naprawdę dość krótkiego wyjazdu obalił teorię ewolucji! Tak Drodzy Państwo, dowiedziałem się, że goryl pochodzi od bociana! A jak wiadomo człowiek przecież od goryla, czyli prawidłowa kolejność wygląda następująco: bocian-goryl-człowiek. I ja w to wierzę!


Nie będę Wam zdradzał wszystkich szczegółów, abyście sami sprawdzili i skorzystali z oferty BP „Andrut”, ale żeby zachęcić Was bardziej, napiszę coś jeszcze. Moje kubki smakowe wspominają wciąż kanapki konsumowane pod kościołem Santa Croce („nie da się żyć samą nadzieją, trzeba i chleba czasami zjeść...”), popijane Prosecco, które lało się we Florencji niczym woda z armatki wodnej podczas derbów Łodzi kilkanaście lat wstecz*. Więcej grzechów nie pamiętam i dalszej części tamtego dnia również. Obudziłem się dopiero w Polsce, pod pomnikiem Leonidasa z Rodos, znaczy się Jaśka z Poronina. Znajduje się on niedaleko skoczni mamuciej nazwanej rzecz jasna jego imieniem, na jego cześć! Wisła ma Małysza, Poronin ma Jaśka. Adam był dekarzem, skoczkiem, rajdowcem, teraz jest działaczem. Jasiek atleta, alimenciarz, skoczek, muzyk a może i poeta? I Kto jest lepszy? Kto ma więcej tytułów, he?

Co do talentów to tylko jeden człowiek może posiadać ich więcej. Bardziej uniwersalny może być tylko Pan Artur Andrus - przewodnik, którego praca zasługuje na każdą ocenę powyżej Trójki ;)

Pamiętajcie jak gdzieś jechać to tylko z BP „Andrut”.
Fujisawa, Sokratesa 18, klatka II.

*jedzenie i picie do oporu dostępne po wykupieniu opcji all inclusive.

Zdjęcie - Artur Andrus
Linki do albumu: Spotify Tidal 



Copyright © 2017 przez wielkie M